Panie doktorze, wiem, że miałem się umówić na wizytę po wygojeniu rany, ale jak zwykle nie było do Pana żadnych wolnych terminów na minimum miesiąc w przód, więc nie czekając, wybyłem do Portugalii.
W trakcie naszej pierwszej wizyty powiedział Pan, że pierwszego dnia emerytury pakuje Pan plecak i rusza na Camino. Trochę czasu już minęło, a ja nadal nie pojmuję: dlaczego tyle z tym czekać?
Mam ogromny problem z tym „terminem”. Samo słowo termin pierwotnie oznaczało granicę, kres – podobnie jest i z samą emeryturą. Jedno z jej etymologicznych znaczeń to zabezpieczenie na starość – problem w tym, że nikt nie ma żadnej gwarancji jej dożycia. Kolejnym – merere – znaczy „zasłużyć”, a przecież nikt nie zasługuje na życie z opóźnieniem.
Dla wielu emerytura często oznacza: kiedyś w przyszłości, na starość. Dla mnie natomiast coraz częściej staje się synonimem słowa „nigdy”…
Znam wiele osób, które czekają na to magiczne „kiedyś”. Niestety, coraz więcej z tych, które czekały, niosę w sercu w trakcie swoich podróży, starając się nie popełnić ich błędów…
Nie zapomnę, jak moja mama nie mogła się doczekać emerytury, no i się nie doczekała…
Ostatnio straciłem przyjaciela, który również odkładał pewne rzeczy na emeryturę. Wybrałem się na medytacyjne odosobnienie, o którym Panu wspominałem. Tydzień przed nim przestał odpowiadać na moje wiadomości, a moim największym lękiem było to, że włączając telefon po 12 dniach, dowiem się, iż nie było mnie nawet na pogrzebie… Zobaczyłem jednak odpowiedź – niestety napisaną już przez kogoś innego. W kolejnej natomiast była informacja, że jest w stadium odchodzenia, a lekarze dają mu do miesiąca życia i jeśli mam taką wolę, to mogę się z nim pożegnać.
Oczywiście pojechałem, tylko…
„Jak w tym świecie, gdy liczy się tylko piękne i praktyczne,
Spojrzeć w oczy, w których właśnie gaśnie życie.”
Może i zdążyłem się pożegnać, ale nie zdążyłem zrobić tego tak, jak bym sobie tego życzył… A gdybym zwlekał tylko jeszcze kilka godzin, nie miałbym już nigdy nawet takiej możliwości. Im dłużej się czeka, tym zazwyczaj więcej szans i możliwości się traci.
W trakcie mojej wędrówki dookoła Półwyspu Iberyjskiego przez ponad rok nie było ani jednego dnia, żebym nie rozmawiał ze swoimi przyjaciółmi. A on tak naprawdę był jedyną osobą, która mnie spytała, czego ja właściwie szukam po tych lasach. Towarzyszyliśmy sobie wzajemnie w swych osobistych podróżach, mimo że byliśmy w różnych krajach – choć jego podróż była zdecydowanie trudniejsza od mojej. Nie tylko on „zniknął” z mojego życia od czasu tamtej wędrówki.
W jednej z książek przeczytałem takie zdanie: „Każda chwila, kiedy na coś czekasz to chwila zmarnowana.” Choć jest to wyrwane z kontekstu a cierpliwość ważna rzecz, to czekanie na te wyimaginowane „kiedyś”, które tak często lubi nigdy nie nadejść – już niekoniecznie. Zwłaszcza gdy jest to na wyciągnięcie ręki, choć samo do nas nie przyjdzie.
Ludzie czekają, a wszystko przemija, może i jest to anicca, o której tyle mnie ostatnio uczono, ale czy ta świadomość nietrwałości powinna rodzić bierność? Szczególnie mocno doświadczałem tego, idąc ostatnio przez spalone lasy, pogorzeliska i zgliszcza. Całe góry aż po horyzont strawione przez ogień – coś, co wzrastało latami, zniknęło w niespełna jedno lato…
Pamiętam, jak przyjaciel opowiadał mi swoją historię: w 24 godziny od kozaka do kaleki… Wszystko przemija i dlatego podobno nie warto się przywiązywać, ale czy większy sens ma czekanie? Czasami jedno lato, kilka godzin, a nawet sekund – i wszystko się zmienia, a czasu nie da się już cofnąć.
W ramach rehabilitacji, na którą oczywiście nie miałem czasu, postanowiłem zrobić kolejne Camino – bo jak się sprawdzać, to co na całego. Pamiętam słowa Pani rehabilitantki zaraz po zdjęciu szwów: „Przyszedł pan tutaj bez kul i mówi mi, że nie obciąża kostki? Przecież właśnie obciąża pan ją w stu procentach!.” Wtedy chciałem odpowiedzieć, że przecież nie mam plecaka… 😅 Choć ugryzłem się w język, bo wiedziałem, że zostawiłem go przed wejściem… Lekcję pokory otrzymałem błyskawicznie – ledwo zdążyłem wrócić do domu i rana otworzyła się po raz pierwszy, choć nie ostatni…
Dlatego tym razem byłem „mądrzejszy”: ponad 500 km, 40+ kg obciążenia, góry i buty bez bieżnika. 😅 Przecież to nie mogłoby się nie udać.
Pytał Pan ostatnio, czy ścięgna dalej wyskakują – wtedy jeszcze nie wiedziałem, bo z wiecznie otwartą raną bałem się to nawet sprawdzać. Tym razem 13 razy, gdzie normalnie pewnie by wyskoczyły, z czego 3 razy myślałem, że wizyta pooperacyjna zamieni się w kolejną przedoperacyjną… Chyba muszę pogratulować kunsztu – najwidoczniej dobrze mnie Pan poskładał, choć ja pewnie dalej będę testować 😉
Pan robił habilitację, ja robię rehabilitację.
Wiem, że jest Pan pasjonatem i pomaga wielu osobom. To dzięki Panu takie nieroztropne dusze jak ja mogą dalej eksplorować granice. Chodzi mi jednak o to, że jeśli naprawdę chce Pan ruszyć na to swoje Camino, to nie widzę sensu, by czekać z tym do rzekomej emerytury. Czekając, zmniejsza Pan swoje szanse na realizację, tracąc jednocześnie możliwość, by z tych lekcji i doświadczeń korzystać przez znacznie dłuższą część życia.
Osobiście nie wiem, co jest gorsze: nie zrealizować marzeń nigdy i uświadomić sobie przed śmiercią, że nawet się nie spróbowało, czy zrealizować je na starość i pojąć, ile czasu zmarnowało się na czekanie… No właśnie – na co?
Kiedyś wydawało mi się, że zbieram te doświadczenia i widoki, bym mógł sobie chwilę przed śmiercią obejrzeć piękny seans, tylko wie Pan co? Gdy byłem najbliżej śmierci w swoim życiu, nie było wtedy żadnego seansu… Tylko najsmutniejsze kurw@, jakie w życiu wypowiedziałem… A tuż za nim myśl: Jeszcze nie teraz… Przecież miałem jeszcze tyle rzeczy do zrobienia…
Może dlatego staram się żyć tak, by nie czekać na wyimaginowane terminy. Dobijając wieku chrystusowego, mogę powiedzieć, że już kilka lat spędziłem na „emeryturze” – z czego na samych podróżach więcej, niż większość osób spędzi w ciągu całego swojego życia.
Rollo May napisał kiedyś: „W naszym społeczeństwie przeciwieństwem odwagi nie jest tchórzostwo, lecz konformizm”. Zabawne jest to, że mój mózg zapamiętał to zupełnie inaczej: w dzisiejszych czasach przeciwieństwem sukcesu nie jest porażka, tylko konformizm. Może dlatego, że sam tego doświadczam, a moja genetyka dodatkowo mnie za to punktuje i karze.
Dostając ostatnio propozycję, po raz pierwszy chciałem jej nie przyjąć. Wydawało mi się, że przecież „powinienem” teraz robić coś innego, że przecież nie mogę sobie teraz na to pozwolić… Zaczął mnie jednak dręczyć Michał z podróży. Ten Michał, który nie myśli ograniczeniami, tylko możliwościami. Ten, który pakuje całe swoje życie do plecaka i nie ma już tam miejsca na problemy, czy powiedziałby mi dzisiaj, że mam się podporządkować swoim lękom?
Zaczęło brakować mi tamtego stanu… Może dlatego, gdy wstałem następnego ranka, zacząłem się po prostu pakować, nie sprawdzając nawet cen biletów – nie czekając aż wymówki i racjonalizacje będą stopniowo odwodzić mnie od decyzji, która w sercu już zapadła.
W trakcie tego Camino zaczepiły mnie dwie kobiety i wywiązała się ciekawa konwersacja. Jedna zaczęła wypytywać mnie o drogę wzdłuż Pirenejów i czy miałem wystarczająco dużo miejsc do spania – ja miałem… Jej natomiast chodziło o co innego – twierdziła, że jest zbyt zaawansowana wiekiem i interesują ją tylko prywatne albergue albo hotele. Nie miałem serca powiedzieć jej, że idąc GR 11, nie wydałem na noclegi ani eurocenta.
Po czym zapytała, ile czasu zajęło mi przejście Pirenejów. Po chwili konsternacji odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie mam pojęcia, bo nigdy tego nie liczyłem… Na co ona odpowiedziała czarującym głosem: „how lovely” 🥰 I wtedy do mnie też dotarło, że naprawdę było w tym coś cudownego. Kiedyś powtarzali: umiesz liczyć, licz na siebie. Przychodzi jednak taki moment, w którym nie musisz już niczego liczyć – bo po prostu wiesz, że niezależnie od okoliczności i tak sobie poradzisz. To właśnie po to uczucie wróciłem.
Jakiś czas temu stworzyłem sobie tort, który teraz kroję, bo świeczka na torcie jest dla mnie lepszym wyznacznikiem niż świeczka na grobie.
I choć w mojej głowie jest to znacznie lepiej poukładane, to aktualnie nie mam czasu, by zgrabniej wyartykułować swoje myśli, bo mam jeszcze kilka spraw przed kolejną rzeczą, której jak zwykle nie powinienem robić – „Wolne duchy znają ten stan”.
Podobno „Wszystko, czego pragniesz, znajduje się po drugiej stronie strachu.” więc pora by zajrzeć za kolejne kurtyny.
PS. Wiele osób – nawet ostatnio – mówiło mi znowu, że nie potrafię się zatrzymać. To też nie do końca tak. Czasami warunki zmieniają się niezależnie ode mnie, a ja jedynie nie pozwalam, żeby mnie to zatrzymało 😅
Kurtyna.